powrót

(szerokość: 552 / wysokość: 782)

Konkurs:  „Porozmawiaj z babcią, zapytaj dziadka"

 

                W piątek 28 października 2016 r. jury wyłoniło, choć nie było to łatwe zadanie, 20 najlepszych prac konkursowych. Wysoki poziom oraz ilość prac przerosła oczekiwania członków komisji oceniającej. Uznali, że zostały zachowane i odświeżone piękne, choć trudne 

i dramatyczne wspomnienia.

Zadaniem członków jury było wytypowanie z 4 okręgów: jeleniogórskiego, legnickiego, wałbrzyskiego i wrocławskiego, po 5 najlepszych ich zadaniem prac. Wśród nich znalazła się praca Pawła. To wielki sukces.

„Cieszę się, że mogłem być świadkiem rozmowy z panem Józefem Junkiewiczem,  usłyszałem historię rodziny, która wiele przeżyła i wycierpiała. Poznanie losów  tych ludzi ma dla mnie większe znaczenie, niż nagroda w konkursie" – powiedział Paweł.    

Zapraszam do ich poznania:

 

 

„Wciąż od nowa"

 

            Była wiosna 1946 r., wracaliśmy do kraju. Po dniach głodu, strachu, zimna, jechaliśmy do Polski. Długa to była droga, ale pełna nadziei.       

            4 kwietnia 1946 r. o godzinie 17.00 pociąg towarowy z Abakanu wjechał na stację kolejową w Aczyńsku, by zabrać przebywających tam Polaków. Po dwóch dniach postoju ruszył przez Nowosybirsk, Tomsk, do Swierdłowska. Tu brudnych i zawszonych skierowano nas do łaźni. Później podstawiono mniejsze wagony, którymi mieliśmy nocą przejechać Ural. To nie była łatwa droga, mówiono, aby przeżyć, trzeba ją przespać. Rano byliśmy już na równinie, jechaliśmy do Moskwy. Witała nas wielką tablicą z napisem:

 „Praszczaj Sibir, da zdrastwuj Europa". Po trzech dniach ruszyliśmy w stronę Brześcia, przekroczyliśmy Bug, byliśmy w Polsce.

Pociąg kierował się na Warszawę i dalej na Poznań. Tato Feliks i mama Stefania po krótkiej naradzie zdecydowali, że naszej rodzinie, a było przy rodzicach siedmioro dzieci, bardziej posłuży klimat  południa Polski, niż  północy. Ruszyliśmy z transportem w stronę Gubina. Okazało się, że miasto to i jego okolice były zaminowane. Tylko w ciągu tygodnia zginęło 7 osób. Nie chcieliśmy tu zostać, pojechaliśmy do Ząbkowic Śląskich. W Ząbkowicach

nie chciano nas. Dotarliśmy do Jeleniej Góry.  Rodzice wypełnili ankietę, deklarując, że chcą zamieszkać na wsi.

- Na wsi będzie nam lepiej, łatwiej się wyżywić – tłumaczył ojciec. Przydzielono nam mieszkańca wsi Komarno. Miał nas przewieźć do domu, w którym mieszkał i udostępnić jego pierwsze piętro. Trudno odgadnąć co działo się w jego głowie. Może przeraziła go liczebność rodziny, bo nie zawiózł nas do siebie lecz do innego gospodarstwa. Mieszkał tam mężczyzna, który wcześniej był na robotach w Niemczech. Był bardzo nieufny. Mówiono bowiem, że ludzie ze Wschodu to złodzieje. Pochował wszystko co mógł, a nawet wystawił nas na próbę. Postawił na widocznym miejscu pieniądze i obserwował, czy je ukradniemy. Minął dzień, dwa, tydzień, leżały tam nadal. U nas obowiązywała zasada: nie twoje nie ruszaj. Potem było między nami już tylko lepiej.

Byłem młodym, silnym człowiekiem, zaprawionym w pokonywaniu przeciwności, może dlatego na jednym z wiejskich zebrań  nakłoniono mnie, abym został zastępcą sołtysa. Sam już nie wiem jak to się stało, ale ów człowiek zrezygnował, a ja zostałem sołtysem Komarna.

I zaczęło się…

Z Jeleniej Góry szły ponaglenia, abym namawiał chłopów do zakładania spółdzielni - kołchozów. Co to jest kołchoz, wiedziałem aż za dobrze…

Pewnego dnia przyjechała z miasta paniusia i powiedziała, że razem pójdziemy do chłopów

i przekonamy ich. Poszliśmy. Pytała jak tam się gospodaruje. Chciała zobaczyć kury, świnie… Poszliśmy do chlewu, ujrzawszy trzymiesięczne prosiaki powiedziała do gospodyni:

-Takie prosiaki, to w spółdzielni, rodzić się będą. Ta, niewiele myśląc, chwyciła za widły

i pogoniła paniusię, nie wyglądało to dobrze. Tak napędziła jej strachu, że więcej nie przyjechała, po wsi nie chodziła i ludzi nie namawiała.

Bycie sołtysem, ciążyło mi bardzo. Pewnego dnia, przy wódce, zapytałem swojego kompana, co mam zrobić, aby pozbyć się sołtysowania. Rada się znalazła:

- Pozbieraj kwity, pieczątki, zanieś do gminy. Powiedz, że idziesz na urlop. Potem wyjedź. Tak zrobiłem. Wyjechałem do Bytomia Odrzańskiego.  Niedługo cieszyłem się wolnością, 

po dwóch miesiącach dostałem wezwanie do wojska.  Skierowano mnie do samodzielnej, specjalnej jednostki łączności  przy X Pułku Łączności we Wrocławiu.  W wojsku znalazłem dla siebie zajęcie. Wykonywałem makietę ilustrującą szlak I i II Armii Wojska Polskiego. Robiłem ją długo. Pamiętam, kropkę nad „i" postawiłem w dniu wyjścia z wojska.

Pracowałem też dużo przy wojskowych mapach. Odszukałem nawet plan Otołczyc, mojej rodzinnej miejscowości. Jakże był dokładny. To niezwykłe uczucie, mieć przed sobą rysunek najbliższych mi stron, choć  ujętych jedynie w schematy planu. Widząc moją pracę, przełożeni zaproponowali mi, abym został w wojsku przewodniczącym Związku Młodzieży Polskiej. Wystarczyło, bagatela, przedstawić tylko swój życiorys. Mój życiorys?

Czyż miałem powiedzieć, że…

 „Nazywam się Józef Junkiewicz. Urodziłem się w 1930 r. w Otołczycach koło Pińska 

w województwie poleskim. Jestem synem, po ichniemu, kułaka. Rodzice mieli duży folwark, ziemię, 50 hektarów lasu, wielki sad, pasieki, piękny dom, dużą cegielnię, służbę. 

Od  września 1939 r.  nachodzili nas miejscowi Białorusini. Śpiewali pod oknami: Przybyli ułani pod okienko…. Zachowywali się jak wataha zgłodniałych wilków. Szukali broni, wszystko demolowali.  Słyszeliśmy coraz częściej  o mordach, które były dokonywane 

okolicznych majątkach. To był początek rzezi, która znalazła swoją kulminację na Wołyniu. Pewnego dnia przyszły do nas ze wsi kobiety, kazały szybko spakować się

i uciekać. Otoczyły nasze wozy i wyprowadziły ze wsi. Szły pieszo blisko dziewiętnaście kilometrów podprowadzając pod miasto Pińsk. Osłoniły nas i uratowały.

W Pińsku zamieszkaliśmy u  Aleksandry Kuczyńskiej, siostry ojca. W październiku 1939 r. do jej drzwi zapukali sowieccy żołnierze. Ojciec zdołał się ukryć, ale stryja Bolesława aresztowali. Dwa dni później już nie żył, został zamordowany w więzieniu przez NKWD.

W tym domu nie było bezpiecznie. Decyzją rodziców najmłodsze dzieci pozostały w Pińsku, a oni wraz z  najstarszą córką Heleną, postanowili ukryć się i przedrzeć na drugą stronę, już wtedy zajętą przez Niemców. Rozstaliśmy się…

Jak później dowiedziałem się, rodzice z siostrą początkowo ukrywali się na bagnach, potem opłacili przewodnika i próbowali dostać się do Mińska Mazowieckiego. Ostatecznie jednak zdradzeni, zostali oddani w ręce Rosjan.  Przez jakiś czas przebywali w więzieniu 

w Brześciu,  potem deportowano ich do obozu pracy koło Krasnojarska. Tu usłyszeli wyrok – 5 lat zsyłki za próbę przekroczenia granicy. Ja, moje rodzeństwo i trzy ciotki, pewnego kwietniowego dnia 1941 r. zostaliśmy obudzeni o czwartej nad ranem, kołataniem do drzwi. Wszedł oficer rosyjski i dwaj żołnierze, odczytano rozkaz najwyższych władz: ….skazani 

na dwadzieścia lat zsyłki na Syberię. Płacz i bezradność, beztroska siedmiorga dzieci, które nie rozumiały, co to znaczy, zmieszały się i trwały w takim dziwnym uścisku kilka najbliższych godzin. Kiedy oficer rosyjski powrócił, by nas odwieźć na stację, zrozumiał całą grozę istniejącej sytuacji. Musiały zostać w nim poruszone najwrażliwsze struny jego człowieczeństwa, gdyż rozkazał żołnierzom przyprowadzić z ulicy dwudziestu Żydów. 

Mieli pomóc nam spakować się i przygotować jedzenie na drogę. Rzeczy przewieziono 

do wagonów bagażowych, żywność do tych, w których mieliśmy jechać. Przez trzy dni zwożono na stacje w Pińsku ludzi i ładowano do wagonów. Potem drzwi się zatrzasnęły. Gdy pociąg ruszył, wydarzyło się coś, czego nie zapomnę do końca życia. Zgromadzeni 

na stacji ludzie i ci, którzy zostali już wtłoczeni do wagonów, zaczęli śpiewać: Nie rzucim ziemi skąd nasz ród! Nie damy pogrześć mowy. Polski my naród, polski lud, Królewski szczep Piastowy ...                                                                                                                      Pieśń śpiewano z wielką moc. Były w niej zamknięte: ból, rozpacz i nadzieja. Wspólny śpiew dodawał siły, pozwalał uwierzyć, że przyjdzie czas powrotu, że nadejdą jeszcze dni sprawiedliwe.

            Jechaliśmy, jechaliśmy …. 13 długich dni i nocy. Po tym czasie jakże inny ujrzeliśmy świat. Przed nami otworzyły się stepy Kazachstanu. Mieliśmy pracować w kołchozie Pachar

w pobliżu miejscowości Kokczetaw.

 Często przemierzałem z ciotką i bratem step, żebraliśmy. Spotykaliśmy tam starych ludzi. Pytali skąd jesteśmy.  Z Pińska - padała odpowiedź. Oni  potrząsali głowami i mówili: „Pińsk, Pińsk, pińskie bałata. Oj, pogibło nas, pogibło w 20 godu".  Dopiero później zrozumiałem, 

co mieli na myśli. W 1920 roku, kiedy armia bolszewicka wycofywała się po klęsce pod Warszawą, tysiące żołnierzy potonęło w poleskich bagnach. To między innymi  pamięć tej tragedii była powodem nienawiści miejscowej ludności do Polaków.

            Trudno uwierzyć, ale ciotkom udało się skontaktować z rodzicami. Żyli. Przebywali nad rzeką Czułym w Biryliusach. Ojca nazywali kirpicznym inżynierem,  bo rozbudował tam cegielnię. Otrzymaliśmy zgodę na połączenie nas z rodzicami. To taki mały cud na tej okrutnej ziemi. W lutym 1942 r. tato uzyskał zezwolenie na wyjazd do tworzącej się Armii Andersa. Szliśmy pieszo 110 km, w śniegu po kolana. Po trzech dniach dotarliśmy 

do Aczyńska, dalej nas nie puszczono. Kiedy rozpoczęto tworzenie I Armii Wojska Polskiego, brat Stanisław i siostra Helenka zostali wcieleni do wojska. Stanisław dowodził czołgami, Helenka została dowódcą  plutonu ciężkich karabinów maszynowych w 8 pułku piechoty. Dotarła, aż pod Warszawę. 19 września 1944 r. razem ze swoim plutonem próbowała przedostać się do walczących powstańców.  Nie udało się. Zostali  rozbici. Zginęła w nurtach Wisły. Miała 21 lat.    Stanisław i Helenka,  poszli z żołnierzami, my zostaliśmy w Aczyńsku. Najbardziej bałem się wilków. Były ich chyba tysiące. Groźne, żarłoczne, podchodziły do domów i niemal zaglądały w okna. Ta gehenna dobiegła końca 

w kwietniu 1946 r."

Ot i  mój życiorys.

Kiedy powiedziałem dowódcy, że jestem synem ziemianina, byłem zesłany z rodziną na Syberię, zrobiła się straszna afera. Chciano odesłać mnie do kopalni uranu w Kowarach. Jednak po rozmowie z radzieckim generałem, otrzymano rozkaz, aby pozostawić mnie 

do końca służby we Wrocławiu. Potem ożeniłem się i wyjechałem do małej miejscowości blisko Legnicy, do Chojnowa. Tu zamieszkałem wraz z żoną, była z Brzeżan. Zacząłem układać sobie życie.

            Mam już 86 lat. Po naszym folwarku i cegielni nie ma śladu. Nie chowam w sercu nienawiści do nikogo, choć los mnie nie oszczędzał, wciąż musiałem zaczynać od nowa.

 

 

 

 

Wspomnienia napisane w oparciu o wywiad przeprowadzony z panem Józefem Junkiewiczem.

 

Paweł Wiśniowski

kl. IV Technikum Ekonomiczne

Powiatowy Zespół Szkół w Chojnowie


powrót
serwis przygotowany przez MEDIART (w CMS) ©